Środa z GoCranberry | Odżywczo wygładzający krem pod oczy

środa, 30 lipca 2014 / 20 komentarzy / Etykiety:
Znacie to uczucie, gdy dbacie o swoją skórę, pielęgnujecie ją, regularnie nakładacie krem pod oczy a efektów, no właśnie...brak? Wydawać by się mogło, że w przypadku wieku lekko ponad dwadzieścia niewiele trzeba, by spełnić jej wymagania. Tak jednak nie było i mimo, że robiłam co mogłam, aby ta delikatna okolica wyglądała jak najlepiej nie widziałam specjalnej poprawy. Najlepiej sprawdzało się u mnie olejowe serum z kwasem HA. Wszystko do czasu, aż miałam okazję wypróbować odżywczo wygładzający krem pod oczy marki GoCranberry.
Nie będzie przesadą, jeśli ogłoszę go najlepszym produktem tego typu, jaki miałam okazję stosować i już teraz wiem, że do niego powrócę, choć ze względu na dużą pojemność 30ml i wydajność nie nastąpi to aż tak szybko :)
Tak jak w przypadku serum do twarzy na noc, efekty są po prostu zauważalne. Skóra jest wyraźnie rozświetlona, wygładzona i zmiękczona, co czuć to przy dotyku. Opuchnięcia nie występują aż tak często.
Jak widać bogaty skład w zupełności spełnia swoje zadanie. Zapach typowy dla całej serii, nienachalny. 
Kosmetyki GoCranberry znajdziecie w lepszych aptekach lub w sklepie firmowym.
 
Jeśli zainteresował Cię temat produktów tej marki zajrzyj również do recenzji:
Czytaj dalej »

NOTD: Bell

niedziela, 27 lipca 2014 / 50 komentarzy / Etykiety:
Sięgając pamięcią wstecz, gdy sporo czasu spędzałam jeszcze na wątku o paznokciach na znanym portalu Wizaż.pl przewijało się wiele zachwytów na temat lakierów Bell. Najczęściej podobały mi się te pokazywane przez Maliniarkę, lecz już wtedy moje zbiory były na tyle duże, że rezygnowałam z zakupów kolejnego egzemplarza za 12 złotych.
Dziś swój debiut będzie miał lakier z serii Glam Wear o numerze 605, intensywny, nieco neonowy róż. Dobrze się rozprowadza, choć może nieco smużyć. Wystarczą dwie, grubsze warstwy.
Plus za piękny połysk i gruby pędzelek, choć wielka szkoda, że nie jest on wyprofilowany. Na zdjęciach z top coatem Essie good to go.

Mój egzemplarz przeżył traumatyczne spotkanie z rozlanym zmywaczem, co jednak nie ujmuje mu uroku ;)
Chyba powoli zaczynam rozumieć pozytywne opinie i żałuję, że w mojej kolekcji nie mam więcej lakierów tej marki. Zwłaszcza róży i odcieni brzoskwiniowych, bo po takie sięgam zdecydowanie najczęściej, zwłaszcza w okresie letnim. 
Czytaj dalej »

Zawsze pod ręką | Wellness&Beauty, Lotion do rąk z mleczkiem migdałowym i ekstraktem z bambusa +KONKURS

piątek, 25 lipca 2014 / 14 komentarzy / Etykiety:
Nieznośne uczucie ściągnięcia i suchość dłoni jest moim dobrym towarzyszem od kilku lat. Moim stałym rytuałem stało się więc kremowanie dłoni kilka razy dziennie, lecz wszystkie wiemy, że może być to nieco uciążliwe, zwłaszcza w pośpiechu. Świetnym rozwiązaniem okazało się być stosowanie lekkich i szybko wchłaniających się lotionów, a jeśli dodamy do tego opakowanie z wygodną pompką, to nie potrzeba chyba nic więcej :)
Seria Wellness&Beauty z mleczkiem migdałowym to nowość w drogeriach Rossmann. Asortyment jest bogaty, od maseł i peelingów, po kremy i żele pod prysznic. Do gustu przypadły mi zwłaszcza te o zapachu wanilii i sezamu.

Niewątpliwą zaletą lotionu jest brak pozostawianie tłustej warstwy i uczucia lepkości. Wchłania się błyskawicznie przywracając dłoniom miękkość. Nie jest to kosmetyk głęboko odżywczy, ale świetnie sprawdzi się postawiony w łazience lub w centrum dowodzenia czyli biurku ;)
Stosowanie umila przyjemny i delikatny zapach. Za 250ml (więcej, niż w standardowym kremie do rąk) należy zapłacić około 10zł, ale opakowanie można wykorzystać i przelać do niego inny, lekki balsam. Choć myślę, że wrócę do niego:)
Aktualnie na moim facebooku trwa konkurs, gdzie do zdobycia dwa ciekawe zestawy kosmetyków z tej serii. Zapraszam!:)
https://www.facebook.com/438022346290459/photos/a.439247886167905.1073741829.438022346290459719650361460988/?type=1&theater
KLIK


Czytaj dalej »

Środa z GoCranberry | Bogate masło do ciała

środa, 23 lipca 2014 / 29 komentarzy / Etykiety:
Kolejna środa a co za tym idzie kolejny wpis o GoCranberry. Dziś na tapecie bogate masło do ciała, które nieco mnie zaskoczyło. Na szczęście pozytywnie!
Do wszelkich obietnic producenta w kwestii bogatych składów podchodzę z rezerwą, po tej marce jednak spodziewałam się jednak samych dobrych rzeczy. Opakowanie i zapach typowy dla wszystkich ich kosmetyków, choć w tym przypadku nuta zapachowa lekko mnie męczy.
Ku mojemu zdziwieniu po otwarciu opakowania zauważyłam konsystencję porównywalną z lekko ogrzanym olejem kokosowym, aksamitną i jak się okazało, bardzo treściwą. Wszystko za zasługą ogromnej dawki masła mango, shea oraz oleju arganowego, migdałowego i oczywiście, żurawinowego. To wszystko sprawia, że wystarczy go niewielka ilość do posmarowania całej skóry. Jak możecie się spodziewać, działa otulająco i regenerująco na suchą i spierzchniętą skórę, pozostawiając lekką, tłustawą warstewkę. Genialne również do paznokci, dłoni i skórek, zwłaszcza po wykonanym wcześniej peelingu.
Świetnie sprawdza się u mnie na atopowej skórze na plecach. Na całe ciało aktualne jest zbyt bogate, ale jesienią i zimą jak sądzę będzie idealne. Aż żal używać, na szczęście wystarczy mi na wieki. Za 200ml w sklepie firmowym należy zapłacić aż 49zł.
 W ramach cyklu Środa z GoCranberry mogłyście również przeczytać o świetnym serum do twarzy.
Czytaj dalej »

Niedoceniony rokitnik | Planeta Organica, balsam do włosów z miodunką plamistą i olejem z rokitnika

niedziela, 20 lipca 2014 / 35 komentarzy / Etykiety:
Balsamy do włosów to jedne z najczęściej stosowanych przeze mnie w pielęgnacji. Podbiły me serce pozostawiając je nawilżone, miękkie, lekkie i przede wszystkim, nieobciążone. Od jakiegoś czasu z mojego pudełka z produktami pielęgnacyjnymi wyłonił się kosmetyk nieodkrytej przeze mnie marki Planeta Organica. Jeśli ciekawi Was moja opinia na jego temat, czytajcie dalej!
Rosyjskich kosmetyków miałam okazję używać już wiele, jednak jak dotąd nie interesowałam się zbytnio akurat tymi. Wpłynął na to zapewne brak wpisów na czytanych przeze mnie blogach, jednak  BlondHairCare wspominała o wersji cedrowej, w niebieskim opakowaniu. Już miałam ją kupić, ale ciekawość co do rokitnika zwyciężyła :)
Pierwsze co przykuwa uwagę to opakowanie, które podobno przypomina słodki i orzeźwiający napój. Taki jest również zapach, choć ten niestety nie utrzymuje się po wysuszeniu. Ma dość gęstą konsystencję, bardziej treściwą niż produkty Babuszki Agafii. Według producenta jest to odżywka, według sklepów balsam, choć to w sumie nieistotne.
Początkowo nie zastosowałam się do opisu i zostawiłam go na czas dłuższy niż 1-2 minuty.  Zaprocentowało to niestety brakiem objętości. Przy kolejnych próbach było zdecydowanie lepiej. Świetnie dociąża i wygładza włosy. Dopóki nie kupię pilota do aparatu jest mi ciężko zrobić sobie zdjęcie z większej odległości, ale na moim Instagramie będziecie mogły zobaczyć efekty w większej skali niż prezentowane wcześniej. Pięknie się układają i błyszczą. Nie przyśpiesza przetłuszczania i nie powoduje nieestetycznego przyklapu.
Skład również przyjemny, oleje wysoko w składzie, krótko i na temat.
Posiadaczki niesfornych, suchych włosów będą, jak sądzę, jeszcze bardziej zadowolone. Myślę, że powrócę do niego, zwłaszcza, że cena jest niewygórowana, około 14zł za 360ml.
Aktualnie kuszą mnie wszelkiego rodzaju mydła i szampony, ale dzielnie się trzymam i nie kupuję nic nowego :)

PS. Naszyjnik pochodzi ze sklepu Katherine.pl, gdzie trzeba mieć niestety 100zł. Znajdziecie go jednak jak sądzę również na Ebay!
Czytaj dalej »

Color Tattoo razy trzy | Codzienny makijaż oczu

piątek, 18 lipca 2014 / 64 komentarze / Etykiety:
Otaczające nas z każdej strony zachwyty na temat kremowo-żelowych cieni Color Tattoo firmy Maybelline nieco ostatnio przycichły. Wydawać by się więc mogło, że wszystko w ich temacie zostało napisane. Pozwólcie jednak, że dorzucę swoje trzy grosze :)
Swoją przygodę z nimi rozpoczęłam stosunkowo całkiem niedawno, a pierwszym, jaki zasilił moją kosmetyczkę był odcień 40- Permanent taupe. Potem apetyt na nowe kolory ciągle rósł. Obecnie posiadam trzy odcienie, w tym równie znany numerek 35- On and on Bronze oraz przedstawiciel amerykańskiej, zeszłorocznej limitowanki, 100- Barely beige.
Na dwa ostatnie namówiła mnie przewspaniała Littlebird92, za co jestem jej teraz niezmiernie wdzięczna.
Wszystkie stanowią moją aktualną bazę codziennego, niewymyślnego zbyt makijażu.
Odcienia o numerze 40 używam do delikatnego wypełniania brwi. To chłodny mix brązu i szarości, który doskonale zgrywa się z moimi ciemnymi włoskami. Kupiłam go w drogerii internetowej w atrakcyjnej cenie około dziesięciu złotych.
Numer 35 to przemyślany zakup podczas promocji w Rossmannie. Obawiałam się nieco ciepłego, miedziano-brązowego koloru, okazało się jednak, że niepotrzebnie. Pięknie podkreśla zielone i niebieskie tęczówki. Najwygodniej aplikuję mi się go palcem, delikatnie wklepując i cieniując.
Numer 100 to szampański, nudziakowy odcień, nie tak bardzo perłowy jak wspominany wyżej. Po mocniejszym roztarciu na powiece zostaje jedynie połyskująca poświata. Przy najbardziej minimalistycznym podkreśleniu oka stanowi on moją bazę, wyrównując odcień skóry i rozświetlając spojrzenie. Ten, dla odmiany możecie dorwać na allegro. Nakładam go płaskim, ściętym pędzelkiem marki La Rosa.
Warto zaznaczyć, że wszystkie różnią się nieco konsystencją. Najbardziej żelowy i miękki okazał się być ten w odcieniu brązu. Pozostałe dwa są nieco bardziej toporne, nie na tyle jednak, aby sprawiać problemy przy aplikacji.
Z trwałości wszystkich jestem niezmiernie zadowolona. Nie tylko u mnie, ale również na nieco bardziej problematycznej powiece trzymają się dzielnie do końca dnia, choć po kilkunastu godzinach intensywnego noszenia mogą nieco blaknąć. Po zastygnięciu ciężko było mi zetrzeć czy nawet zmyć swatche.
Post z dedykacją dla Kwiat lipy, którą to ciekawił mój makijaż z filmiku z MsMelevis.
Czytaj dalej »

Środa z GoCranberry | Intensywnie nawilżające serum przeciwzmarszczkowe na noc

środa, 16 lipca 2014 / 33 komentarze / Etykiety:
Lepiej zapobiegać niż leczyć, to jeden z kolejnych truizmów w naszym życiu.  Według badań od 25 roku życia spada produkcja kolagenu w skórze, a co za tym idzie pojawiają się pierwsze oznaki starzenia. W pielęgnacji twarzy od jakiegoś czasu stawiam na zapobieganie powstawaniu nowych zmarszczek, co jest wyjątkowo trudne ze względu na typ mojej cery: mieszana w kierunku tłustej.
Od dziś, przez miesiąc, w każdą środę na blogu pojawiać się będą recenzje kosmetyków polskiej marki GoCranberry powstałej w 2011roku. Tak interesujących, że postanowiłam poświęcić im cały cykl.
Do serum podeszłam nieco podejrzliwie. Opinie były jak najbardziej pozytywne, obawiałam się jednak zapychania skóry, co spotkało mnie przy stosowaniu serum z witaminą C dr Irena Eris.
Intensywnie nawilżające serum ma postać lekkiego mleczka zapakowanego w higieniczne opakowanie z pompką. Szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej lub lepiej warstwy. Posiada delikatny zapach.
Po dwóch miesiącach regularnego stosowania mogę powiedzieć, że efekty są zauważalne gołym okiem. Skóra jest miękka i wygładzona. Koloryt wyrównany, przebarwienia potrądzikowe również nieco pojaśniały. Twarz wygląda na wypoczętą, jest pełna blasku, co podoba mi się najbardziej. Nie ma konieczności używania rozświetlacza :) Delikatne pierwsze zmarszczki znikają dzięki świetnemu nawilżeniu.
Za około 35 złotych otrzymujemy 30 ml wydajnego kosmetyku, który na prawdę działa. Kosmetyki z Laboratorium Nova kupić możecie m.in w sklepie firmowym.
Na dzień dzisiejszy go zaliczyć do pielęgnacyjnych ostatnich miesięcy.
Czytaj dalej »

NOTD: Fuksja

poniedziałek, 7 lipca 2014 / 22 komentarze / Etykiety:
Gubię się powoli w nazwach postów z cyklu Dziś na paznokciach, mimo, że przez długi czas nie miałam nawet co pokazać. Paznokcie są nadal w złym stanie i wciąż zastanawiam się nad kuracją Eveline lub olejowaniem, z regularnością jednak jestem jednak na bakier.

Dziś lakier tejże marki w odcieniu intensywnej fuksji (numer 919) Posiada bardzo dobre krycie, które ratowało mnie w sytuacjach kryzysowych, przy wprawnym malowaniu wystarczy jedna warstwa, choć nie jest to bardzo głęboki i nasycony kolor.
Ładny połysk, nie odpryskiwał, o dziwo, jak wszystkie inne. 
Plusem jest szeroki pędzelek, jednak konsystencja jest dość rzadka i może rozlewać się na skórki.
Na zdjęciu dwie cienkie warstwy plus Essie good to go.


Czytaj dalej »

Garnier jeszcze raz | Fructis Color Restist, szampon wzmacniający włosy

piątek, 4 lipca 2014 / 11 komentarzy / Etykiety:
Po szampony, które zawierają w składzie silikony sięgam niezwykle rzadko i są to sytuacje, gdy włosy nieco niedomagają na końcówkach, gdy fryzjer jest daleko, a serum po myciu nie do końca się sprawuje. Zawsze jednak jest to stosowanie dość sporadyczne, ze względu na łatwość w obciążaniu.
Farbowanych włosów jak wiecie już nie mam, ale powiedzmy sobie szczerze, czy ktoś jeszcze wierzy w ogromne, zbawienne działanie samego szamponu? Byłabym skłonna doszukiwać się go przy stosowaniu całej gamy produktów, lub odpowiednio dobranej pielęgnacji niż samego produkty do codziennego stosowania.
Szampon ładnie pachnie, dobrze zmywa oleje. Włosy przy spłukiwaniu są widocznie wygładzone, co zapewne ucieszy posiadaczki bardziej niesfornych loków czy fal. Zdarzyło mi się stosować go również na skórę głowy (zazwyczaj używałam szamponu Pharmaceris a na długości lądowała Babuszka Agafia na kwiatowym propolisie) i nieco przyśpieszał przetłuszczanie się. Na szczęście nie przesuszał skóry głowy, ani jej nie podrażniał. Używany zbyt często powodował, jak można się spodziewać obciążenie włosów, które oczywiście ustępowało po zastosowaniu standardowych kosmetyków ze SLES.

Czytaj dalej »

Zostaję przy minerałach | Pokład L'Oreal Infallible 24H

wtorek, 1 lipca 2014 / 27 komentarzy / Etykiety:
Minął dokładnie rok odkąd mój makijaż przeszedł całkowitą rewolucję, kosmetyczkę zaczęły wypełniać głównie kosmetyki mineralne. Raz na jakiś czas zdarza mi się jednak zdradzić mój ulubiony podkład Anabelle Minerals z drogeryjnym produktem. 

Tym razem padło na odświeżoną wersję znanego i lubianego podkładu L'oreal Infallible 24H, którego z zamiłowaniem używają moje koleżanki. Pierwszy problemem był wybór koloru, jeszcze przed premierą. Kierując się paletą na stronie firmy wybrałam odcień 140 golden beige. Teraz już wiem, że należało wybrać najjaśniejszy kolor mimo, że według opisu jest to neutralny odcień, a moja skóra ma sporo żółtych tonów. 
Pomijając niedobrany odcień nie jestem zadowolona z jego właściwości. Największym minusem jest jego widoczność na twarzy i nie chodzi tu nawet o pomarańczowe wręcz tony a jego podkreślanie struktury skóry, porów i suchych skórek. U mnie wygląda na tyle źle, że postanowiłam nie umieszczać nawet zdjęcia po jego aplikacji. Dodatkowo mam wrażenie, że nie dopasowuje się, a wręcz utlenia.
Ma umiarkowane krycie, w kierunku średniego, nadal potrzebowałam korektora do przykrycia zaczerwienień. Porównując z Revlon Colorstay wypada niestety słabo.
Trwałość faktycznie dobra, ale w tym przypadku raczej mnie to nie cieszyło jak się domyślicie.
Dla porównania, od lewej: Infallible 140 Golden Sand, Revlon Colorstay 150 Buff, Max factor Facefinity 75 Golden.
Posiadaczkom cery mieszanej w kierunku tłustej, problematycznej odradzam jego zakup choć wiem, że u wielu osób się sprawdza.
Czytaj dalej »





SZABLON BY: PANNA VEJJS.